Publikacje

Wspomnienie o Alinie Karakiewicz

Śp. Alina Karakiewicz 1923 – 2023

To nie pożegnanie – to wspomnienia, w których zostanie na zawsze

Pochodzą z fragmentów prawie 4 – godzinnych nagranych rozmów, które prowadziłam ze śp. Aliną Karakiewicz w Jej mieszkaniu w Krakowie przy ul. Łokietka 21 w latach 2021-2023 r. Także z moich wspomnień o Niej w czasie naszej długiej, ponad 40-letniej znajomości, próbuję „utkać” gobelin z Jej życia, z życia Pani Ali, jak zawsze się do niej zwracałam. Ten gobelin ma różne barwy od złotych jak słońce, do stalowo-czarnych w zależności od czasu i miejsc – Bielsko-Biała-Kraków-Białystok-Wilno-Lwów-Białystok-Syberia-Kraków-Wieliczka-Kraków.

Różne miasta, w których żyła z całą rodziną, szczęśliwa jako dziecko i panna, potem śmierć ojca zamordowanego przez NKWD w Charkowie w 1940 roku odebrała im szczęście, potem lata na Syberii już tylko z matką i bratem, gdzie głód, poniżenie, strach i ciężka praca były Jej codziennością, potem już tylko z matką na tej „nieludzkiej ziemi”, jak Syberię nazwał Józef Czapski, bo brat wyruszył z Armią gen. Andersa. Potem nastąpił powrót do innej, powojennej Polski, do Krakowa, gdzie musiały zacząć życie od nowa – praca, emerytura, samotność z wyboru, samotność do ostatniego tchnienia.

Jaka była Alina Karakiewicz? Dla tych, którzy Ją słabo znali była niedostępną, oschłą, niekiedy niemiłą osobą, trudno nawiązującą relacje, zamkniętą w swoim świecie, w swoim mieszkaniu pełnym rodzinnych fotografii, obrazów, pamiątek, w swoich myślach, wspomnieniach. Ci, których dopuszczała do swojego świata, widzieli w Niej wspaniałego człowieka, skromnego do przesady, wolnego jak ptak, kochającego swobodę, upartego, decydującego w pełni o swoim życiu i swoim losie, o silnej woli, niezłomnych zasadach, praktycznego, przewidującego, wrażliwego na ludzką niedolę, czułego dla zwierząt (kotów, psów, ptaszków), podziwiającego przyrodę i na swój sposób kochającego ludzi. Miała wielkie serce, była darczyńcą, przekazywała datki na organizacje charytatywne, na kościół, na azyl dla psów i kotów i nie wiem na jakie jeszcze inne instytucje. Kiedy „Dziennik Polski” ogłosił zbiórkę na remont eremów krakowskich kamedułów, ojców i braci ze Srebrnej Góry, Pani Alina natychmiast podjęła akcję o czym można było przeczytać w numerze tej gazety z dnia 17 czerwca 2005 roku „Tydzień temu ogłosiliśmy – brakuje trzech tysięcy. Tego też dnia od razu wpłaciła je p. Alina Karakiewicz.” Potem została zaproszona do uczestniczenia w mszy św. w kościele na Bielanach w intencji darczyńców. W tej mszy uczestniczyłyśmy razem. W swojej ostatniej woli zapisała kilka kościelnych fundacji jako beneficjentów. I ta wola zostanie uszanowana i wykonana.

Ostatnio powtarzała często „Chętnie bym wróciła do czasów przed rokiem 1939, bo nie może się pogodzić z tym, co się dzisiaj dzieje, co ludzie robią, co się stało z człowiekiem, gdzie jest dobroć, nie ma miłości, liczy się tylko pieniądz” i jeszcze dodawała „człowiek jest niszczycielem, wszystko przyrodzie rabuje, lasy są wycinane i palone, to się skończy tragicznie dla Ziemi. Koniec świata będzie przez człowieka, nie przez Boga. Człowiek jest gorszy od zwierząt. Bo zwierzęta są jak je Pan Bóg stworzył – są zwierzęta łagodne i są drapieżne. Te drapieżne działają jak ‘czyściciele’ zabijają dla pożywienia swojego i wykarmienia dzieci, a te łagodne się pasą i muszą przed drapieżnymi uciekać.

Miałam to szczęście, że udawało mi się namówić, czasem podstępem, Panią Alinę na tych 10 nagranych rozmów. Nie miała zaufania do ludzi, nie zgodziła się na żadne nagranie swojej syberyjskiej historii ani dla Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, ani dla Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Nie zgodziła się też na ciągłą opiekę kiedy dobiegała 100 lat. Zaakceptowała jedynie Panią Basię, której wizyty ograniczała z miesiąca na miesiąc. To Ona martwiła się o swoją opiekunkę, że się zmęczy, że jest za duży upał, aby przychodziła codziennie. Nie telefonowała do mnie, aby nie przeszkadzać, nie zakłócać spokoju. Ciągle jeszcze słyszę Jej głos – mówiła, kiedy przychodziłam Ją odwiedzać „Pani Elżbietko znowu coś pani przyniosła, tyle pani dźwiga, wydaje pani pieniądze niepotrzebnie”. A ja tylko przynosiłam rośliny, zwykle doniczkowe, bo wiedziałam, że lubi kwiaty. Ostatnio prosiła w rozmowie telefonicznej, kiedy się z Nią umawiałam na ostatnie imieniny w czerwcu tego roku, aby nie przynosić doniczek z kwiatami, bo Ona już nie ma siły się nimi opiekować. Ale opiekowała się wspaniale, bo kilkuletnie storczyki pięknie zakwitły, jakby na pożegnanie…

Są ludzie prości i silni jak drzewa, które mimo wieku nie pochylają się, nie łamią, ale nagle powali je silny powiew wichru…Była silna, dzielna, pogodzona z losem – wierzę, że właśnie tak chciała odejść z tego świata, którego już nie rozumiała, w którym już nie było Jej najbliższych i znajomych.
Pan Bóg Ją wysłuchał …

Rodzina – lata dziecięce i młodzieńcze przed Syberią

Urodziła się 9 listopada 1923 roku w Białej (dzisiaj Bielsko-Biała) jako pierwsze dziecko Henryka Zenona i Fryderyki Natalii de domo Stuchly. Brat Andrzej urodził się w 1926 roku. Jak wspomina „tato mnie rozpieszczał, byłam ‘królową’ do trzeciego roku życia, do urodzenia brata. Byłam rozrabiaką, w przeciwieństwie do mojego brata, który miał zupełnie inną, spokojną, naturę”.

Alinka i Andrzej

Rodzice poznali się w Krakowie. Ojciec, syn Andrzeja i Adeli de domo Stąpor urodził się w Tarnobrzegu, tam ukończył Szkołę Realną (1919), kurs gosp. przy Intendenturze IV Armii (1920).

Henryk, Kraków 24.09.1919
Henryk w mundurze Wojska Polskiego

Był oficerem Wojska Polskiego, miał stopień porucznika, był uczestnikiem walk 1919–1921, potem służył w Okr. Zakładzie Gosp. 5 Kierownictwie Rej. Intendentury w Bielsku Białej. Matka, córka Ernesta Stuchly była wychowanką szkoły dla panien prowadzonej przez siostry klaryski przy kościele św. Andrzeja na ul. Grodzkiej
w Krakowie. Jak się rodzice spotkali i poznali nie pamiętała, ale też nie pytała mamy o ten okres.

Natomiast o ślubie rodziców opowiadała zawsze z uśmiechem …ciotki sobie umyśliły, że ślub musi być w kościółku na Loretańskiej (kościół Kapucynów Zwiastowania NMP), bo tam brała śluby arystokracja krakowska. I tam w styczniu 1923 roku odbył się ślub Fryderyki Natalii Stuchly z Henrykiem Zenonem Karakiewiczem.

Małżonkowie zamieszkali w Bielsku-Białej, gdzie Henryk służył. Tam urodziły się ich dzieci. Potem przenieśli się do Białegostoku, gdzie Henryk służył w 1 Dywizji Piechoty Legionów Józefa Piłsudskiego (1 DP Leg.) i Pomocniczej Skł. Mat. Int. Kolejnym etapem życia było Wilno, gdzie ojciec został przeniesiony i to był dla Niej dobry okres. Chodziła do ekskluzywnej szkoły Nazaretanek.

Zdjęcie ślubne rodziców – Fryderyki i Henryka

Z rozrzewnieniem opowiadała o tej szkole, o ubiorach jakie dziewczynki nosiły. Były dwa rodzaje mundurków – grantowy na zimę ze spódniczką plisowaną i bluzką z kołnierzem marynarskim. Na lato był mundurek z cienkiej białej wełenki tak samo uszyty jak ten granatowy, ale na głowie musiał być słomkowy kapelusik z grantową wstążeczką z krzyżykiem Nazaretanek. Niestety zachorowała na szkarlatynę, zaraziła się w szkole od syna lekarki, który Ją pocałował. Opiekowała się Nią mama, bo ojciec z bratem się wyprowadzili, aby się nie zarazić. Do szkoły sióstr już nie wróciła, chodziła do szkoły powszechnej. Co było dalej? Trudno odtworzyć z urywków wspomnień.

Zbliżała się wojna, wojskowych oddzielali od rodzin, wrócili do Białegostoku, ale już nie do swojego dawnego mieszkania. Mieszkali u Pani Kleinowej, z której synem brat się przyjaźnił. Ostatnie rodzinne Boże Narodzenie spędzili w 1938 roku. Potem rozpoczęła się droga krzyżowa, która skończyła się dla ojca osadzeniem w obozie jenieckim w Starobielsku, a następnie w 1940 roku zabiciem strzałem w tył głowy przez NKWD-zistów w Charkowie. Miał 44 lata.

Podzielił losy 20 tysięcy oficerów polskich, którzy zostali rozstrzelani na rozkaz Stalina. Pochowany jest w Charkowie na Cmentarzu Ofiar Totalitaryzmu na Piatichatkach. Był odznaczony medalami 1918–1921 i 10-lecia. Pośmiertnie, w 2007 roku został mianowany na stopień majora. Na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie jest grób rodzin Karakiewiczów i Stuchly. Na tablicy nagrobnej jest zamieszczona informacja o tym, że zginął na terenie ZSSR. Jego nazwisko można odnaleźć również na jednej z tysięcy tabliczek katyńskich znajdujących się w kościele garnizonowym św. Agnieszki w Krakowie. Pani Alina nigdy nie była na cmentarzu w Charkowie.

DZIADKOWIE

We wspomnieniach często wraca do dziadka Ernesta Stuchly, leśnika i babci. Dziadek był Czechem, był oficerem armii austriackiej i stacjonował w Krakowie na Wawelu. Kiedy zaczyna opowiadać o spotkaniu dziadków w Krakowie uśmiecha się i mówi „pewno się spotkali na plantach bo po plantach spacerowała elita Krakowa. Panny z opiekunkami, bo oczywiście żadna panna sama nie chodziła”. Pobrali się, ale babcia postawiła warunek – nie wyjedzie do Czech.
I dziadek na to przystał.
Przenieśli się pod Lwów do majątku hrabiego (nie pamięta nazwiska), gdzie dziadek został naczelnym leśniczym. Dom był drewniany z obejściem. Były kury, świnki, krowy i wiele psów do polowania. Babcia, panna z miasta, nie mająca pojęcia o pracach na wsi, o gospodarstwie, musiała się przystosować.
Wszystko było robione w domu i babcia ciężko na tym gospodarstwie pracowała. Często tam jeździła na wakacje i wspomina z rozrzewnieniem jak wybiegała rano boso przed dom na duży trawnik pokryty rosą, jak smakowało kwaśne mleko, które można było kroić nożem, jak ze zebranej z mleka śmietany służąca ubijała masło, jak na święta zabijano świnkę i było mięso i słonina, jak z pola przywożono pszenicę i potem ziarno mielono w młynie, a z mąki wypiekano chleb. Najpierw ciasto rosło w specjalnym koszyku wyłożonym liśćmi (do dzisiaj ma w domu ten koszyk jako pamiątkę), potem na drewnianej łopacie wkładało się do pieca, pamięta ten piec i ten ogień, a przede wszystkim zapach i smak chleba. We wsi byli zielarze, którzy leczyli ziołami, które sami zebrali. Był też chłop, który składał doskonale kości, o którym opowiadała Jej mama. Do Lwowa, na specjalne zakupy, jeździło się pociągiem, a furmanką dojeżdżało na stację kolejową. Do leśniczówki przyjeżdżała też siostra dziadka z synami, która wyszła za mąż za Austriaka i mieszkali w Austrii. Chłopaki były strasznymi urwisami. Mało opowiadała o swoim bracie. Babcia zmarła w Czechach i tam jest pochowana. Dziadek został z piątką dzieci, córkami Natalią, Fryderyką, Olgą i Marią oraz synem Ernestem. Jak sobie radził i kto mu pomagał nie wiedziała czy nie pamiętała, opowiadając o tych dziejach rodzinnych.

Dziadek Ernest Stuchly – inżynier Leśnik

W swoich rodzinnych zbiorach Pani Alina miała zielnik zrobiony przez dziadka, zawierał głównie liście różnych gatunków drzew. Pamiętam, że przekazałyśmy ten zielnik do zbiorów muzeum Ogrodu Botanicznego w Krakowie. Pewno zachował się list z podziękowaniem od dyrekcji Ogrodu.
O dziadkach z rodziny Karakiewiczów mało wspominała. Mieli czworo dzieci –Mieczysława, Henryka, Eugenię i Joannę. Ta ostatnia córeczka zmarła i dziadek po jej śmierci okropnie rozpaczał.

Syberyjska Golgota

O pobycie na Syberii nie chce mówić. Kiedy pytałam czy tamten czas wspomina, czy w snach przeżycia powracają, czy z mamą rozmawiały, wspominały Syberię odpowiedziała: „pobyt na Syberii, całe te 5 lat odeszło ode mnie, nie chcę już mieć nic wspólnego z wojną. Przeżycia z wojny i te 5 lat ja je wykreśliłam z pamięci, nie chcę do tego wracać. Nic nie spisywałam, mam jedynie dokumenty z pobytu w Rosji. To mi dało kombatanctwo, potem status osoby represjonowanej i wszystkie z tym przywileje. Nie chcę wracać do wspomnień, nie potrafię tego opowiedzieć. Przeżyłam. Takie było życie.” Ale jednak ze strzępów rozmowy, z urywanych zdań można próbować odtworzyć, chociaż w małym zarysie, dramat tamtych lat. Białystok, ojca już nie ma.

Alina Karakiewicz

Pewnego dnia, jak wspominała, przychodzi Żyd z  czerezwyczajką(potoczna nazwa sowieckiej tajnej policji) i już wiedzą, że czeka ich wywózka na Syberię. To zdarzenie zadecydowało o jej stosunku do Żydów.
Był maj (bo pamięta nabożeństwa majowe) roku 1941 kiedy wyruszyli z Białegostoku aby dotrzeć do Kraju Ałtajskiego – matka, ona i brat. Miała wtedy 18 lat była piękną dziewczyną, brat Andrzej 15 lat.

W wiosce, niestety nie pamięta nazwy, mieszkali w chałupie chłopskiej razem z Rosjanką, która nie była zła, nawet się modliła. Miały pryczę, spały na deskach, na jednym łóżku z mamą, miały jeden koc do przykrycia. Gdzie spał brat nie wspomina. Ciężko pracowała w kołchozie, w polu gdzie wiązała snopki zbóż. Praca od rana do nocy, do domu wracała o północy z lękiem bo mijała miejsca, gdzie, jak mówiła, rozpusta kwitła. Zbieraczy pilnował Rosjanin jeżdżący na koniu z biczem w dłoni. Był wredny. Bił tym biczem do krwi, nie liczył się z niczym i z nikim. Nie dało się nic ukraść, wsadzić do butów trochę ziaren, bo za to mógł zakatować człowieka. Lepiej żeby zgniło niż im dać. Jadły raz dziennie. Tylko w obiad, jakiś ziemniak. Chleb był wydawany za normę – 300 g. Ten chleb był okropny, mokry. Można z niego było zrobić „piłkę”, która była tak twarda, że jakby się nią rzuciło, to rozbiłaby szybę czy nawet głowę. Pięć lat tęskniła za chlebem. Pięć lat była głodna. Mama, która była dosyć tęgą kobietą przed wywózką, schudła co najmniej o 40 kg, tak że skóra na niej wisiała. Byłam ciągle głodna, powtarzała. Dlatego każdą okruszynę chleba do końca życia zbierała i gromadziła dla ptaszków, aby w zimie na balkon przylatywały sikorki. Potem zostały przeniesione do miasteczka, którego nazwy też nie pamiętała, ale przypominała sobie, że chyba w tym miasteczku mieszkała też rodzina Jaruzelskiego (może to być Bijsk w Kraju Ałtajskim). W kołchozie zaczęła robić na drutach swetry. Druty zabrała ze sobą i to było Jej szczęście. Robiła te swetry od rana do świtu siedząc na stołeczku. Swetry z wielbłądziej wełny dla kobiet z wioski, które umiały robić na drutach tylko chusty „płatoki”, jak mówiła. Jej swetry cieszyły się wzięciem i za to dostawała żywność, to była zapłata. Jak się zorientowali w Jej zdolnościach to założyli „firmę” i tam już pracowała na normę, a zapłatą była też żywność – chleb, mięso, ziemniaki. Czasem mówiła – był głód, ale było ‘dobre powietrze’ i otwarta przestrzeń, nie byliśmy za drutami jak w niemieckich obozach koncentracyjnych.” O przyrodzie Syberii wspominała: „było ładnie, w koło step, kwitnące łąki, w zimie śnieg, czysty, bielutki, wysoki, sięgał do okien.” Nie było szkoły, nie było kościoła, nie było księży, 5 lat nie była u spowiedzi. Została tylko modlitwa. Wspomina też straszne chwile kiedy zabierali dziewczyny do wyrębu tajgi. Mówiła z przejęciem, że gdyby się nie uratowała symulując tyfus, to z całą pewnością by stamtąd już nie wróciła. Symulowała przekonująco, albo lekarze to byli „ciemniaki”. Leżała w szpitalu z chorymi na tyfus, nie zaraziła się, nie dała sobie obciąć włosów. Miała tylko zawinięte chustką. Przeżyła.
W 1942 roku brat Andrzej z kolegą zaciągnęli się do Armii gen. Władysława Andersa. Zostały same. W 1946 roku II transportem wyjechały z Rosji do Polski. Dojechały na dworzec w Krakowie. Nie ta Polska, nie ten Kraków jak sprzed wojny. Czuła się jak „dzikie zwierzę wypuszczone z klatki”. Nic nie wiedziała. Została na dworcu sama, bo mama poszła szukać siostry, która mieszkała w Krakowie. Zamieszkały najpierw u niej, potem przeniosły się do Wieliczki, gdzie mieszkała druga siostra mamy.

Losy brata Andrzeja też są tragiczne. Był żołnierzem w 1 Batalionie Strzelców Karpackich w stopniu starszego strzelca. Zginął 8.11.1944 r. walcząc we Włoszech pod Bolonią.
Na grobie rodzin Karakiewiczów i Stuchly na Cmentarzu Rakowickim
w Krakowie znajduje się informacja na tablicy nagrobnej: Andrzej poległ we Włoszech w 1944.

Andrzej Karakiewicz
Cmentarz poległych w Bolonii

LATA POWOJENNE

Próbowała się odnaleźć w powojennym Krakowie. Najpierw z mamą zamieszkały w Wieliczce u Olgi, niezamężnej siostry mamy. Mama zmarła w 1977 roku. Pani Alina nie wyszła za mąż. Na pytanie czy była zakochana, lekko uśmiechała się i mówiła, że miała starszego adoratora jeszcze w Białymstoku, który tam prowadził piekarnię, Ale ona była w tych sprawach zupełnie „zielona”. I dodawała: „nie taka jak te dzisiejsze rozwydrzone dziewuchy.” Nie była zakochana, bo najlepsze swoje młode lata spędziła na Syberii, jak ze smutkiem konstatowała. Skończyła szkołę średnią, zdała maturę. Na studia nie poszła, bo musiała podjąć pracę aby utrzymać mamę i siebie. Z marnej emerytury mamy trudno byłoby się utrzymać. Zaczęła pracować w  Związku Polskich Artystów Plastyków Okręgu Krakowskiego, którego siedziba mieściła się w budynku  na ul. Łobzowskiej pod nr 3. Najpierw w sekretariacie, ale jak mówiła przecież nic nie umiała. Skończyła kurs pisania na maszynie i powoli podjęła swoje obowiązki w tym Związku, gdzie pracowała od lat 50. do emerytury, na którą przeszła w 1984 r, ale tej daty nie była pewna. Potem pracowała jeszcze jako wolontariusz. Lubiła to miejsce, atmosferę, ludzi, jak mówiła tam był ciągły ruch. Sprzedawała bilety na zabawy,
w których uczestniczyła, balując do rana, jak mówiła. Była bardzo sumienna i oddana pracy, co podkreśliła Pani Grażyna Skowron, obecna kierowniczka biura, pamiętająca Panią Alinę. Znała wielu znakomitych malarzy i rzeźbiarzy aby chociaż wymienić Pronaszków, Rudnickiego, Bandurę, Koniecznego, Nowosielskiego, Świderskiego, Kluczykowskiego, Kraupe-Świderską, Rympla, Łakomskiego, Chromego (od którego dostała rzeźbę, małą sówkę). Była zaprzyjaźniona z Antonim Hajdeckim, ze Stanisławem Jakubczykiem malarzem, rzeźbiarzem, filmowcem, który dożył 102 lat. W mieszkaniu ściany miała zawieszone obrazami, które dostawała w prezencie od artystów. Swoje marzenia o studiach wyższych realizowała jako studentka  Uniwersytetu III wieku, ma dyplomy ukończenia tych studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim. Uczęszczała też na kursy szycia, ale jak mówiła, do tego nie miała talentu. Miała zaprzyjaźnione koleżanki, dwie siostry Pawłowskie, obie były konserwatorkami dzieł sztuki – Zosię i Hankę. Z Zosią uprawiały turystykę górską, uwielbiały wędrówki szlakami tatrzańskimi. W wakacje jeździła nad morze, do Jastarni, do znajomej rodziny rybackiej. Zakupy robiła na Starym Kleparzu, bo tam były najlepsze ziemniaki i świeża jarzyna, po chleb biegła do Adamskiego na ulicy Długiej.

W soboty lub niedziele jeździła na Cmentarz Rakowicki, na groby swoich bliskich, czasem tam uczestniczyła w niedzielnej mszy św. Piekła wspaniały tort orzechowy bez mąki, robiła pyszne gołąbki. Gotowała sobie sama do końca. Na jednym z nagrań jest piękny opis jakie potrawy przygotowuje sobie na Boże Narodzenie w 2022 r. Miała jedną lekarkę, której ufała – dr Alicję Klich-Rączkę. Na zorganizowaną przez nią wycieczkę starszych osób pojechała do Francji i tam w Sanktuarium Matki Bożej w Lourdes modliła się i zanurzyła w sadzawce o uzdrawiającej mocy. Odwiedziła z tą samą grupą Wilno, ale to nie było już to samo miasto, które pamiętała z czasów przedwojennych. Wydało Jej się smutne i puste. Na pamiątkę dostałam od Niej obrazek Matki Boskiej Ostrobramskiej z półksiężycem wysadzanym kruszcem bursztynowym. We Włoszech była pod Monte Casino, ale nie dotarła na cmentarz w Bolonii, gdzie jest mogiła Jej brata Andrzeja. Moje drogi z Panią Aliną skrzyżowały się i potem biegły już równolegle kiedy wprowadziła się na ul. Łokietka 21, do mieszkania obok. Ja mieszkałam już od kilku lat pod numerem 11, Ona pod numerem 10. Dla mnie była członkiem naszej małej rodziny. Kiedy żyła moja mama spędzałyśmy razem Wigilie, śniadania Wielkanocne jeździłyśmy do Lanckorony do starej drewnianej Willi „Tadeusz”.

W moim mieszkaniu, Boże Narodzenie 1996 rok: Od prawej Pani Alina, Basia, siostra mojej mamy Jadwigi z pieskiem Bianką, moja mama

Pani Alina opiekowała się moimi kolejnymi psami, najpierw Barusią, potem Sabą, kiedy szłam do pracy. Miała też swojego kotka, znajdę. Znalazłam go, maleńkiego w śmietniku.  Przyniosłam do Niej. Nie chciała się zgodzić. Potem kochała go bardzo i cierpiała kiedy, po latach wspólnego życia, zachorował i musiała mu skrócić męki.  Byłam z nimi u weterynarza przy podejmowaniu tej trudnej decyzji. Nie odmawiała  opieki nad zwierzątkami znajomych.  Po śmierci mojej mamy, kiedy przeprowadziłam się na Ugorek, do mieszkania mamy, przyjeżdżała do mnie i spędzaliśmy razem Wigilie, lubiła też ogród, który przylegał do bloku. Mijały lata i powoli zamykała się
w swoim mieszkaniu. Wigilie i Boże Narodzenie, Wielkanoc chciała spędzać w samotności z cieniami swoich bliskich. Nie wychodziła już z mieszkania. Zgodziła się na opiekę Pani Basi, która przez 4 lata starała się ułatwiać Jej życie, na tyle na ile pozwalała.

Alina Karakiewicz z Panią Basią, opiekunką, 2021 rok

A pozwalała na niewiele i trudno nam było się z tym pogodzić, ale musiałyśmy uszanować jej niezależność, samodzielność. Równocześnie mając świadomość, że w wieku prawie 100 lat nie powinna mieszkać sama. Coraz trudniej było namówić Ją na spotkania imieninowe i urodzinowe. Ale w końcu nam ulegała i przy torciku spędzaliśmy z Nią czas. Ostatnie imieniny w czerwcu tego roku, ostatnie nagranie z tego dnia.

Ostatnie imieniny, czerwiec 2023 r.

Czuła się osamotniona, mówiła o sobie, że jest takim ‘dinozaurem’, że została sama, bo po kolei odchodzili Jej najbliżsi. Przeżywała głęboko każdą śmierć. Szczególnie tą ostatnią. Bo to była ostatnia Jej bliska krewna. Czekała na swoją dalszą rodzinę, na Marysię, ale zawsze potrafiła ich nieobecność wytłumaczyć brakiem czasu, obowiązkami. Nie chciała być dla nikogo ciężarem. Zachowała pamięć, świadomość, zainteresowanie sprawami świata i Polski do końca. Była samodzielna, wolna, w swoim domu, samotna, bo samotność wybrała. To był ten dar, który Pan Bóg Jej ofiarował na końcu długiego życia.

Swoim odejściem zatrzasnęła drzwi do czasów z ulicy Łokietka, do naszych wspólnych wspomnień o mojej mamie, którą ceniła i martwiła się jak ja sobie bez mamy poradzę, bo według Niej mama się mną opiekowała i o mnie dbała.

Te nagrania są skarbem, bo w każdej chwili mogę odtworzyć rozmowy, usłyszeć głos, ożywić wspomnienia, w których zawsze dla Niej będzie miejsce.

Zmarła w swoim mieszkaniu na ulicy Łokietka w Krakowie, 28 sierpnia 2023 roku. Pogrzeb odbył się 1 września na krakowskim Cmentarzu Rakowickim, gdzie po żałobnej mszy św., została odprowadzona do grobowca rodzinnego. Na tablicy memoriałowej było wyryte już Jej imię i nazwisko, bez daty śmierci. Nawet o to zadbała, aby nikomu nie sprawiać kłopotu, jak mówiła.

Symboliczna data pogrzebu, 84’ rocznica wybuchu II wojny światowej i zakończenie Jej szczęśliwego, beztroskiego, rodzinnego, przedwojennego życia.

Elżbieta Kuta

Kraków, 1 września 2023

Zdjęcia udostępnione z archiwum rodzinnego śp. Aliny Karakiewicz, oraz z archiwum Elżbiety Kuty


Wspomnienie o Panu Tadeuszu Sobaszku

Ze smutkiem informujemy, że pan Tadeusz Sobaszek odszedł od nas 11 lutego 2023 roku. Był podpułkownikiem Wojska Polskiego w stanie spoczynku oraz wielce zasłużonym sybirakiem.

Tadeusz Sobaszek wywieziony był do ZSRR wraz z całą rodziną 28 lutego 1940 roku. Do października 1944 roku przebywał w miejscowości Oziernoje pow. Rerz w województwie  Świerdłowskim, a następnie do maja 1945 roku w sowchozie w powiecie Snigirowka w województwie Nikołajewskoje. Warunki, w jakich przebywali polscy zesłańcy były tak ciężkie, że w czasie tej zsyłki, bardzo wielu z nich zmarło. Po powrocie do Polski, pan Sobaszek postanowił uczcić pamięć Polaków zmarłych w czasie katorgi na Uralu w latach 1939 do 1944.  Dzięki jego inicjatywie, zaangażowaniu osobistemu i staraniom postawiono dwa pomniki-obeliski w Oziernoje 15 sierpnia 1997 roku oraz w Kostousowo 15 sierpnia 2007 roku. Przedsięwzięcie  było ogromne, ponieważ pomniki były zaprojektowane i wykonane w Polsce w Myślenicach, skąd pan Sobaszek przewiózł je własnym transportem wraz z konwojem humanitarnym, udającym się do Rosji i Kazachstanu. Odsłonięcie i poświęcenie obelisków odbyło się bardzo uroczyście w obecności kapelana Sybiraków: księdza Edmunda Cisaka oraz Przedstawiciela Ambasady Rzeczpospolitej Polskiej. Obecni byli również: vice mer miasta Jekaterienburga, starosta powiatu Rerzewskiego, Dyrektor Administracji miejscowej, jak również przedstawiciel Wspólnoty Polskiej i proboszcz parafii rzymsko-katolickiej w Jekaterienburgu oraz pop parafii prawosławnej w Rerz. W uroczystości brała udział również miejscowa ludność. Na obeliskach umieszczono tablice z nazwiskami deportowanych Polaków, zmarłych w tej okolicy w latach 1939 do 1944. Nadano im pośmiertnie Grupową Odznakę: „Krzyż Zesłańca Sybiru”. Dzięki panu Tadeuszowi Sobaszkowi pamięć o cierpieniu polskich zesłańców pozostanie na Uralu na zawsze.

Pan Tadeusz Sobaszek był członkiem Krakowskiego Oddziału Związku Sybiraków od 1989 roku. Brał udział jako asysta i chorąży Pocztu Sztandarowego w wielu patriotycznych i okolicznościowych uroczystościach Związku Sybiraków, organizowanych w Krakowie jak również w innych miastach w Polsce. Był odznaczony Krzyżem Zesłańców Sybiru, Złotą odznaką Zasłużony dla Związku Sybiraków oraz Medalem Pro Patria.

Pan Tadeusz Sobaszek był człowiekiem serdecznym, radosnym, lecz równocześnie sumiennym w pełnieniu swych sybirackich obowiązków. Będziemy o panu Tadeuszu Sobaszku pamiętać i przekazywać tę pamięć następnym pokoleniom.

Wanda Puszko Tarnawska

Wspomnienie o profesorze Wojciechu Narębskim

Z dużym smutkiem przyjęłam wiadomość o odejściu w dniu 27 stycznia 2023 roku pana profesora Wojciecha Narębskiego.

 Profesor Wojciech Narębski urodził się 14 kwietnia 1925 roku we Włocławku. Ojciec Jego pochodził z Kresów i wcześniej mieszkał w Wilnie. Studiował w Petersburgu i w Warszawie. W 1928 roku wraz z rodziną powrócił do Wilna, gdzie otrzymał posadę architekta miejskiego. Po wybuchu II wojny światowej, 15-letni Wojciech, będąc harcerzem związał się z organizacją o nazwie: Związek Wolnych Polaków. Jego zadaniem był kolportaż czasopisma: „ Za naszą wolność i waszą”. Na wiosnę 1941 roku, cała grupa młodzieży została przez sowietów zaaresztowana i osadzona w więzieniu na Łukiszkach, potem przewieziona w głąb ZSRR do więzienia w mieście Gorki. Dzięki układowi Sikorski- Majski, po 30 lipca 1941 roku został zwolniony z więzienia. Poznani w tym czasie polscy oficerowie udawali się do Buzułuku, gdzie tworzyła się Polska Armia. Dołączył  do nich i po dotarciu na miejsce, zamiast do służby wartowniczej, Wojciech trafił na trzy miesiące do szpitala, to jest polskiego oddziału w szpitalu sowieckim. Po wyzdrowieniu, wraz z 9 Dywizją Piechoty, został ewakuowany przez morze Kaspijskie do Persji, a potem do Palestyny. Otrzymał tu wreszcie nowe „ battle dress” i przydział do 2 Brygady Strzelców Karpackich oraz został skierowany do szkoły podoficerskiej. Niestety ponownie zachorował i przez 5 miesięcy leczony był z powodu wysiękowego zapalenia opłucnej. Po chorobie był znacznie wycieńczony i wychudzony, z wagą 42 kg. Dostał skierowanie do Kompanii Transportowej, która później przekształciła się w 22 Kompanię Zaopatrywania Artylerii 2 Korpusu Polskiego. Zadaniem jego było dostarczanie  amunicji, paliwa, wody i jedzenia żołnierzom na pierwszej linii walk. W tym czasie, w składzie osobowym  22 Kompanii Transportowej  znajdował się niedźwiedź syryjski w stopniu szeregowca. Był to duży Wojtek, a więc Narębski został nazwany małym Wojtkiem. Jego dodatkowym zadaniem była opieka nad niedźwiedziem, który nie tylko pozytywnie wpływał na psychikę żołnierzy, lecz również im pomagał, wnosząc do aut 25 kilogramowe paczki z amunicją.

Jak opowiadał sam Wojciech Narębski z  22 Kompanią Transportową przeszedł cały szlak bojowy i uczestniczył w kampanii włoskiej w drugiej linii, stacjonując kilkanaście kilometrów od masywu Monte Cassino. Skrzynie z pociskami artyleryjskimi dla walczących na pierwszej linii żołnierzy, zazwyczaj transportowane były w ciągu nocy bez włączania świateł, kiedy Niemcy przerywali ostrzał. Podjazdy były niebezpieczne, ponieważ drogi były nieutwardzone, kręte i strome. Zwykle jeden z żołnierzy musiał iść  przed samochodem z białym ręcznikiem. W ten sposób 19- letni  Wojciech Narębski na miarę swoich sił i możliwości wyszkolenia był uczestnikiem bitwy o Monte Cassino.

General Anders w sposób szczególny troszczył się o poziom oświaty i kształcenie polskiej młodzieży. Organizowane były szkoły powszechne, gimnazja, licea, szkoły zawodowe i techniczne, przygotowujące do różnych zawodów  oraz oczywiście szkoły podoficerskie i oficerskie. Na szeroką skalę prowadzona była akcja wydawnicza książek, podręczników i gazet. Z możliwości dalszej nauki skorzystał oczywiście Wojciech Narębski. Ukończył szkołę podoficerską w Centrum Wyszkolenia w Materze oraz rozpoczął naukę w Liceum. Szkołę średnią ukończył już w Anglii, gdzie początkowo zamierzał zostać. Po otrzymaniu listu od brata, który napisał mu, że Polak powinien żyć nad Wisłą, a nie nad Tamizą, powrócił do  kraju i zamieszkał  w Toruniu z rodziną. Na Uniwersytecie Toruńskim uzyskał dyplom magistra chemii, i będąc asystentem w Zakładzie Mineralogii, specjalizował się w geochemii i petrologii.

Po przeniesieniu się do Krakowa w 1953 roku, kontynuował swoją pracę naukową i obronił pracę doktorską. Związany był z Akademią Górniczo-Hutniczą, Uniwersytetem Jagiellońskim i Polską Akademią Nauk, a później Umiejętności. W 1973 roku otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego, a w 1986 roku tytuł profesora zwyczajnego. Brał udział w pierwszej powojennej wyprawie na Spitsbergen w 1959 roku. Równocześnie działał w licznych organizacjach nie tylko naukowych, lecz również społecznych. Jako kombatant przybliżając historię 2 Korpusu Polskiego na organizowanych prelekcjach jak i w publikacjach, odkłamywał historię.  Jedną z nich  była praca opublikowana w Muzeum Ziemi Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie  „ Szkolnictwo średnie i wojskowe 2 Korpusu Polskiego”.

Moje pierwsze spotkanie z profesorem Wojciechem Narębskim miało miejsce w 1985  roku. Był zawsze człowiekiem serdecznym,  przyjaznym i otwartym, zwłaszcza dla osób związanych z II Korpusem Polskim, a takimi właśnie byłyśmy z moją mamą. Jako żona i córka poległego na wzgórzach Monte Cassino oficera, brałyśmy udział w  rocznicowych spotkaniach dawnych żołnierzy Armii Andersa, mszach świętych w Bazylice oo. Dominikanów i na spotkaniach opłatkowych u ojca Adama Studzińskiego. Często spotkania te prowadzone były przez  profesora Wojciecha Narębskiego, który będąc człowiekiem skromnym, podkreślał przede wszystkim zasługi i wielką rolę, jaką odgrywali w kampanii włoskiej starsi koledzy, umniejszając swój wkład.

Po zarejestrowaniu Związku Sybiraków  już w wolnej Polsce i będąc jego członkiem, brał zwykle udział w spotkaniach rocznicowych i  opłatkowych krakowskiego Oddziału Związku Sybiraków.

Są ludzie, których nie da się zastąpić i takim był pan profesor Wojciech Narębski. Był  życzliwy, serdeczny i przyjazny dla wszystkich ludzi, którzy mieli szczęście z Nim się zetknąć. Należy podkreślić Jego wielką skromność, a przecież był człowiekiem ogromnej wiedzy.

Wanda Puszko-Tarnawska

SYBIRAK nr 91